Wiedźmin. Ostatnie życzenie – eBook (PDF, EPUB, MOBI)

 
Wiedźmin. Ostatnie życzenie ebooki

Wiedźmin. Ostatnie życzenie
Andrzej Sapkowski

Wydawnictwo: SuperNowa
ISBN: 978-83-7578-144-1
Język: Polski
Data wydania: 2016
Rozmiar pliku: 714 KB
Zabezpieczenie: Znak Wodny

Wiedźmin. Ostatnie życzenie – OPIS EBOOKA

Andrzej Sapkowski to jeden z najlepszych na świecie autorów literatury fantasy, zawładnie waszą wyobraźnią i zaprowadzi do innego świata.

Mówi się, że to śmiertelnik nadszedł od północy, od Bramy Powróźniczej. Włosy miał białe, chodź nie był starcem, na plecach nosił dwa miecze. W Wyzimie prawie wszyscy nosili miecze, niby nic specjalnego, faktem było że na plecach nosi się łuk czy kołczan i to zaintrygowało przechodniów. Do miasta przyjechał na swym koniu po królewskie orędzie, było to trzy tysiące oren za zaklęcie strzygi, która grasowała w wieży. W tych czasach to normalne, kiedyś po lasach gnały wilki,  dziki teraz wszelkiego rodzaju stwory między innymi upiory, strzygi, utopce, bazyliszki, wilkołaki i wiele więcej. Na większość z nich nie wystarczy odwaga i miecz czy wymyślne zabobony, tu potrzeba profesjonalizmu i potężnych znaków.

Białowłosy był profesjonalistą, szkolił się w Rivii krainie bardzo odległej. Mistrz miecza, zaklęć, który został przekształcony w mutanta, broni spokoju i równowagi. Wiedźmin Geralt, znał się na swojej robocie i zawsze wykonywał swoje zadanie, uwzględniając przy tym zapłatę.

Wiedźmin. Ostatnie życzenie e-book Andrzej Sapkowski do pobrania w formie elektronicznej książki (pdf, epub, mobi) Ebookland.pl

Pobierz eBook

FRAGMENT EBOOKA

***
Głos rozsądku 1
Przyszła do niego nad ranem.
Weszła bardzo ostrożnie, cicho, stąpając bezszelestnie, płynąc przez komnatę jak widmo, jak zjawa, a jedyny dźwięk, jaki towarzyszył jej ruchom, wydawała opończa, ocierająca się o nagą skórę. A jednak ten właśnie nikły, ledwie słyszalny szelest zbudził wiedźmina, a może tylko wyrwał z półsnu, w którym kołysał się monotonnie, jak gdyby w bezdennej toni, zawieszony pomiędzy dnem a powierzchnią spokojnego morza, pośród falujących leciutko pasemek morszczynu.
Nie poruszył się, nie drgnął nawet. Dziewczyna przyfrunęła bliżej, zrzuciła opończę, powoli, z wahaniem oparła zgięte kolano o krawędź łoża. Obserwował ją spod opuszczonych rzęs, nadal nie zdradzając, że nie śpi. Dziewczyna ostrożnie wspięła się na posłanie, na niego, obejmując go udami. Wsparta na wyprężonych ramionach musnęła mu twarz włosami, które pachniały rumiankiem. Zdecydowana i jakby zniecierpliwiona pochyliła się, dotknęła koniuszkiem piersi jego powieki, policzka, ust. Uśmiechnął się, ujmując ją za ramiona, bardzo wolnym ruchem, ostrożnie, delikatnie. Wyprostowała się, uciekając jego palcom, promieniująca, podświetlona, zatarta swym blaskiem w mglistej jasności świtu. Poruszył się, ale stanowczym naciskiem obu dłoni zabroniła mu zmiany pozycji, lekkimi, ale zdecydowanymi ruchami bioder domagała się odpowiedzi.
Odpowiedział. Nie cofała się już przed jego dłońmi, odrzuciła głowę w tył, potrząsnęła włosami. Jej skóra była chłodna i zadziwiająco gładka. Oczy, które zobaczył, gdy zbliżyła twarz do jego twarzy, były wielkie i ciemne jak oczy rusałki.
Kołysany utonął w rumiankowym morzu, które wzburzyło się i zaszumiało, zatraciwszy spokój.
Wiedźmin
I
Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było późne popołudnie i kramy powroźników i rymarzy były już zamknięte, a uliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz narzucony na ramiona. Zwracał uwagę.
Zatrzymał się przed gospodą „Stary Narakort”, postał chwilę, posłuchał gwaru głosów. Gospoda, jak zwykle o tej porze, była pełna ludzi.
Nieznajomy nie wszedł do „Starego Narakortu”. Pociągnął konia dalej, w dół uliczki. Tam była druga karczma, mniejsza, nazywała się „Pod Lisem”. Tu było pusto. Karczma nie miała najlepszej sławy.
Karczmarz uniósł głowę znad beczki kiszonych ogórków i zmierzył gościa wzrokiem. Obcy, ciągle w płaszczu, stał przed szynkwasem sztywno, nieruchomo, milczał.
– Co podać?
– Piwa – rzekł nieznajomy. Głos miał nieprzyjemny.
Karczmarz wytarł ręce o płócienny fartuch i napełnił gliniany kufel. Kufel był wyszczerbiony.
Nieznajomy nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe. Pod płaszczem nosił wytarty skórzany kubrak, sznurowany pod szyją i na ramionach. Kiedy ściągnął swój płaszcz, wszyscy zauważyli, że na pasie za plecami miał miecz. Nie było w tym nic dziwnego, w Wyzimie prawie wszyscy chodzili z bronią, ale nikt nie nosił miecza na plecach niby łuku czy kołczana.
Nieznajomy nie usiadł za stołem, pomiędzy nielicznymi gośćmi, stał dalej przy szynkwasie, godząc w karczmarza przenikliwymi oczami. Pociągnął z kufla.
– Izby na nocleg szukam.
– Nie ma – burknął karczmarz, patrząc na buty gościa, zakurzone i brudne. – W „Starym Narakorcie” pytajcie.
– Tu bym wolał.
– Nie ma. – Karczmarz rozpoznał wreszcie akcent nieznajomego. To był Riv.
– Zapłacę – rzekł obcy cicho, jak gdyby niepewnie.

Author : Admin-Marenor

Redaktor portalu eBookland.pl. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Wydział Filozofii i Socjologii